Wrażenia z koncertu The Rolling Stones w Warszawie (08.07.2018)

Justyna

2.730

Koncert zespołu tak niemożliwie wręcz znanego jak The Rolling Stones jeszcze kilka miesięcy temu wydawał mi się czymś absolutnie abstrakcyjnym, czymś, o czym się tylko słyszy, a w czym nigdy nie bierze się udziału. A jednak! Okazało się, że jest to coś całkowicie możliwego i to dodatkowo coś, w czym można tak po prostu uczestniczyć! 

Na koncert wybrałam się z moim lubym, znanym na forum jako Izzy, i to tak naprawdę on, a nie ja zasługuje na to, by nosić miano prawdziwego fana tego zespołu... choć i ja staram się nie odstawać! 
Zacznijmy od sentymentalnego początku...

Gdy mieliśmy z Izzym po siedemnaście lat, to dosłownie nie dało się go odciągnąć od głośnika, z którego przez połowę czasu leciały utwory Stonesów (nic się pod tym względem nie zmieniło - nadal nie da się go odciągnąć!) i naprawdę nie potrzeba było wiele starań z jego strony, bym i ja stała się wielbicielką ich muzyki. Jako fanka brzmień nieco bardziej nightwishowych, symfonicznych i filmowych, wkroczyłam na obce wody zespołów, takich jak właśnie Stonesi czy (całkiem inni, co prawda, od nich) Doorsi... i bardzo szybko się w nich zakochałam. Pociągająca okazała się magia lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych... Mimo mojej zdumiewającej zdolności (chwalę się nią przed sobą) do wyliczenia niemal wszystkich albumów Stonesów czy też mimo sporej ilości rozmaitych filmów i książek czytanych przeze mnie na temat tego zespołu, wypadam jako fanka blado w porównaniu z Izzym, który naprawdę oddaje sedno tego zespołu swoją osobą. Zawsze mówił z goryczą, że szansa na koncert Stonesów; starych, dobrych, ukochanych Stonesów ze wspaniałym Keithem Richardsem (wielkim i genialnym!) w naszym kraju jest mała, że to niemal niemożliwe... Jakże przewrotny bywa los! Kilka miesięcy temu koncert został ogłoszony i wiedziałam, że kto, jak kto, ale Izzy nie przepuści okazji, by sprzedać nerkę i pojechać gdziekolwiek tego tylko organizatorzy by nie zapragnęli w tym niewielkim kraju, by ich zobaczyć. Okazało się, że sprzedał dwie... bo kupił bilet także i dla mnie! Mnie bowiem ceny biletów przerosły. Co więcej, kupił nam bilety w strefie (po polsku mówiąc) diamentowej, a to oznaczało jakieś cztery metry od sceny! Niemal lepiej być nie mogło!

Czekało nas tylko wiele planowania podróży z północy ku Warszawie, sporo gubienia się w stanowczo zbyt dużym mieście, sporo stania i sporo biegania, a także... sporo przedkoncertowego oglądania występu kukiełek Stonesów na warszawskim rynku!

[Obrazek: wp_20180708_12_18_52_pro_by_missaway-dch4iu8.jpg]

Pojawiliśmy się pod bramami Stadionu Narodowego o godzinie czternastej, by w upale i wytrwałym tłumie fanów ozdobionych koszulkami z charakterystycznym jęzorem czekać aż do godziny siedemnastej. W kolejce rozmawiało się także o Nightwishu (jedna z pań polecała nasz drogi zespół innej), ale też i o innych zespołach. Wszędzie pełno było melomanów, ludzi po turecku siedzących w kręgach, wcinających przekąski i co jakiś czas wydających z siebie charakterystyczne "hu-huu" (motyw z piosenki Stonesów "Sympathy for the Devil"). Od groma było obcojęzycznych fanów, ich liczba niemal równoważyła liczbę Polaków i wszędzie mówiło się po niemiecku, francusku, angielsku, a obok mnie siedzieli... Finowie! 
Nie obyło się jednak bez opóźnień... i deszczu, i burzy, i chóru ludzi odliczających do otworzenia bram raz po raz... i jeszcze ochroniarzy wesoło robiących sobie zdjęcia z tłumem! 
Za bramy stadionu wpuszczono nas po inspekcji przy użyciu psa i dzielnych panów i pań z ochrony. A co było potem?

Chaos, bieg, kuksańce, pokrzykiwania i jeszcze więcej biegu... Okazało się, że od bram do stanowiska dzielnych ludzi z opaskami było jakoś pięćset metrów, więc mój brak kondycji szybko zamordował próby galopu i moje, i... Izzy'ego, który, bohatersko ściskając moją dłoń, także dał za wygraną zgodnie z niemal zabawnymi, nosowymi pokrzykiwaniami pana z ochrony, dzierżącego megafon: "Nie biegamy! Proszę, nie biegać!". Nie była to jednak zła decyzja. Gdy, ominąwszy z milion stacji kontroli i filtrowania, dzielących tłum na takie, siakie i inne opaski, dotarliśmy do naszej strefy, okazało się, że była ona jeszcze mocno opustoszała. Zajęliśmy więc miejsca przy barierce naprzeciwko lewego ramienia sceny i postanowiliśmy wytrwać...

[Obrazek: 20180708_173455_by_missaway-dch4bf7.jpg]

[Obrazek: 20180708_181113_by_missaway-dch4bp8.jpg]

Zespół miał się pojawić na scenie o dwudziestej trzydzieści, poprzedzony grającym od dziewiętnastej piętnaście supportem w postaci zespołu Trombone Shorty & Orleans Avenue (zidentyfikowanym przeze mnie jak wcale niezły amerykański jazz-coś-rock). Trwając niestrudzenie przy naszych barierkach i o jakieś cztery metry od sceny, zmuszeni byliśmy oglądać ludzi z piwem i kiełbaskami, które nie były nam dane, bo zbyt obawialiśmy się (choćby i pojedynczo) opuścić posterunek. Nie pokonały nas jednak pokusy!

Opóźniony o jakieś dwadzieścia minut support robił, co mógł i robił to nieźle. Utalentowani muzycy, świetni instrumentaliści i wcale dobry wokalista wprawdzie zostali nagrodzeni brawami, a spora część publiki współpracowała, przyklaskując i pokrzykując, jednak w powietrzu wyraźnie dało się wyczuć oczekiwanie na The Rolling Stones: bandę żywiołowych muzyków, bohaterów niezliczonych rockandrollowych legend i mitów. Ostry, przenikliwy jazgot sprawnie obsługiwanych instrumentów dętych miał zostać zastąpiony i to już niebawem słynnymi riffami Keitha, perkusją szacownego pana Wattsa, sprężystą gitarą Ronnie'go, wokalem samego Micka Jaggera, basem Darryla Jonesa, chórkiem, klawiszami... Słowem, czymś całkiem innym! 
Gdy support zakończył swój występ, na scenę wpadł prawdziwy tłum speców, techników, którzy sprawnie wykorzenili resztki, triumfalnie schodzącego ze sceny zespołu, zastępując je magicznymi instrumentami nadciągających muzyków-na-których-wszyscy-czekali...

Atmosfera w ułamku sekundy zgęstniała, gdy scenę spowiły kłęby dymu, a reflektory przygasły i nigdy nie uwierzycie, jaki okrzyk potrafi wydać pięćdziesiąt tysięcy gardeł, gdy na scenie pojawią się Stonesi! Chyba, żebyście to usłyszeli na żywo, a i wtedy jest to dźwięk przerażający i niewiarygodny!
Wszystko zaczęło się od utworu "Street Fighting Man" i chyba dawno już tak nie zdarłam sobie gardła, jak wtedy, gdy oglądałam Micka Jaggera skaczącego po scenie jakby miał zaledwie dwadzieścia lat (ten pan łamie zasady starzenia się!), śpiewającego do wtóru wiecznie uśmiechniętego Keitha Richardsa (uśmiech pt. "to wciąż zaskakujące, że ktoś przyszedł na ten koncert!"), Ronnie'go Wooda, kicającego jak prawdziwy chochlik i strojącego najbardziej absurdalne miny oraz Charlie'go Wattsa z kamienną miną wybijającego zdecydowany rytm. 

Piosenek było ogółem dziewiętnaście i wszystko było dokładnie takie, jak na oglądanych przeze mnie koncertach na DVD - oni byli tacy sami, grali jakby mieli jeden umysł, Mick w niesamowity sposób dyrygował publicznością, jak najlepszy showman jakiego kiedykolwiek widziałam! I tu... jedyne zdjęcie Micka, jakie udało mi się zrobić aparatem-telefonem-tosterem, wśród publiki rozbujanej, choć, w gruncie rzeczy, dość grzecznej i układnej.

[Obrazek: mick_by_missaway-dch4ici.png]

Ponadto Jagger, jak to Jagger, postanowił się nieco rozgadać po polsku ze swoim wysoko postawionym akcentem, co robi chyba w każdym kraju na koncercie i w zawsze w języku tego właśnie kraju. Mówił wiele; od prostego "Jesteście fantastyczni!" poprzez wyliczankę "Kto jest z... Warszawy [krzyk tłumu], Krakowa [krzyk tłumu], Poznania, Gdańska...?", aż po słynne już zdanie "Jestem za stary, by być sędzią, ale jestem dość młody by śpiewać (albo, jak to ujął "śpiwać!" - nie mam mu za złe!)". Słynne, bo stanowiące odpowiedź na list Wałęsy, by Jagger poparł sprzeciw wobec ustawy dotyczącej sądownictwa, co też Jagger uczynił w sposób bardzo prosty. Zabrzmiało to w moich uszach jak słowa "żaden ze mnie polityk i w wolę się w to nie mieszać" i naprawdę nie doszukiwałabym się w tym zdaniu niczego innego! Mnie jednak, gdy o te polskie słowa chodzi, szczególnie do gustu przypadło przedstawienie zespołu, podczas którego, ku ogólnej uciesze tłumów, Mick przedstawił Ronnie'go Wooda jako "króla pierogów"! 

Najbardziej ze wszystkich utworów oczekiwałam jednak na "Paint It Black" - moją od samego początku ulubioną piosenkę Stonesów. Ani chwili nie przegapiłam, ani dźwięku nie uroniłam, śpiewając: I see a red door and I want it painted black, No colors anymore, I want them to turn black, I see the girls walk by, dressed in their summer clothes, I have to turn my head until my darkness goes...

Dwie piosenki w repertuarze, co jest zabiegiem znanym i stosowanym, śpiewał Keith Richards i dawno nie słyszałam go w tak dobrej formie - wydobywał z siebie miłe dla ucha, rozleniwione i bluesowe dźwięki podczas utworu "You Got the Silver" i świetnie radził sobie w żywszym "Before They Make Me Run". 

Prawdziwe ciarki zapewnił mi jednak utwór "Symathy for the Devil" (nawet mimo wstępnej walki Micka z niedziałającym mikrofonem), gdy z czerwonej mgły wyłonił się Jagger, który (byłam tego pewna), w którymś momencie swojej kariery musiał podpisać cyrograf z diabłem, bo naturalny sposób w jaki śpiewał, gestykulował i poruszał się był zdecydowanie nieosiągalny dla kogoś po siedemdziesiątce! Niesamowicie potrafił się wcielić w diabła takiego, jakiego go znam z "Mistrza i Małgorzaty" (mojej ukochanej książki). Solówki Keitha zaś w tym utworze jawnie drwią sobie z jego postępującego przecież (jak się zdaje) artretyzmu! Co mam rzec? HU-HUU!

Wspaniały na żywo był także utwór "Gimme Shelter" z Shashą Allen. Ta kobieta ma potężny głos, a sposób, w jaki wokalnie "kłócili się zajadle" z Mickiem Jaggerem, okrążając się na scenie był wizualnie przepiękny! 

Koncert, długi i krótki zarazem, zwieńczył utwór "Satisfaction", który uświadomił mi, że w przypadku takiego, jak ten występu naprawdę trudno jest się nasycić i osiągnąć pełną satysfakcję, bo ilekolwiek by nie trwał byłoby to po prostu zbyt krótko, za mało... Charlie oddał pałeczki, Ronnie kostkę, Keith gestem pobłogosławił publikę, wciąż posyłając w świat uśmiech pełen łobuzerskiego, ale i szczerego zaskoczenia, że... ktoś faktycznie przyszedł! 
Odeszli w kłębach dymu niesamowici Stonesi, kończąc trasę i tocząc się gdzieś dalej, jak na nigdy nie obrastające mchem kamienie przystało.

A nas pożegnały fajerwerki, szum, stopniowo ustępującego tłumu i napis, hen, wysoko: Do zobaczenia wkrótce! Mogę powiedzieć tylko jedno, jakkolwiek mało prawdopodobne by to nie było - OBY!
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.07.2018, 21:22 przez Taiteilija.)

2.220

Justynko, przepiękna kolorowa i dynamiczna recenzja- dziękuje Ci bardzo!:)
Anna

1.328

Pięknie opisane, cudowne i niesamowite koncertowe przeżycia! Bardzo się cieszę, że udało się Wam zobaczyć i usłyszeć Stonsów! Ale nie ma o czym mówić, bo prawdziwi fani z pasją, tacy jak Wy, zrobią wszystko, przetrwają i poświęcą wiele, aby zobaczyć swój ulubiony zespół. Nie lada to gratka, bo nie wiadomo kiedy i czy zagrają jeszcze w Polsce? Tym bardziej cieszę się, że udało się Wam spotkać legendę :).                             P.S. Pięknie wyglądacie! Widzę, że Michał z krótkimi włosami, ale bardzo korzystna zmiana. Justynka - dziewczęcym urokiem, naturalnaością i tajemniczym uśmiechem kupujesz u mnie wszystko ;)
We are here to care for the garden
The wonder of birth
Of every form most beautiful...
Justyna

2.730

Hej, dzięki, Beatko, dzięki, Aniu! :D Mieliśmy z Michałem prawdziwe szczęście, że mogliśmy ich na żywo zobaczyć. Nightwisha pewnie zobaczę (oby, oby, oby, oby) jeszcze wiele razy, ale Stonesów możliwe, że nigdy więcej, zatem... A co tam mówić więcej! Warto było! :D

Aby móc dodawać komentarze na Nightwish PL, musisz posiadać konto.

Załóż konto...

...aby stać się częścią społeczności Nightwish PL. :)

Zaloguj się

Masz już konto? Zaloguj się poniżej.

Użytkownicy przeglądający ten wątek:

1 gości